You are herePrzegląd filmowy

Przegląd filmowy


Elling - underground na torebce z kapustą

 

O filmie Elling dużo się mówi. Mówi się, że to owo-szczególnie-dobre-norweskie-kino, mówi się, że to film na chandrę, mówi się, że każdy powinien po niego sięgnąć, każdy powinien doń wracać niejeden raz. Bo jest zabawny, kameralny i wzruszający. Święta trójca północnej komedii.

 


 

Niestety większość opisów i streszczeń tej niecodziennej fabuły, na które natknęłam się ostatnio m.in w internecie, nie oddają za grosz tego, co tak naprawdę na ekranie się dzieje. Postanawiam to naprawić.

Oto (w telegraficznym, acz dokładnym skrócie), co następuje po napisach początkowych:

Elling i Kjell mieszkają w domu opieki. Elling cierpi na nie do końca wyjaśnione nam neurozy, agorafobię, lęki etc., jego współlokator (czterdziestoletni prawiczek) interesuje się jedynie seksem i jedzeniem. Ale żyje im się dobrze. Po dwóch latach otrzymują mieszkanie w centrum Oslo i chociaż zmieniają wystrój pokoju pod ten z ośrodka opieki, rozpoczynają powoli samodzielne życie. Rozmowa telefoniczna, zakupy, wyjście do restauracji – to całkiem nowe i wymagające sporej ilości odwagi doświadczenia. Dzień po dniu bohaterowie toczą swoje małe wojny ze światem zewnętrzym. Wszystko komplikuje się, gdy na horyzoncie pojawia się (a raczej przewraca się na schodach) kobieta.  Elling nie postanawia zostać poetą. Dar tworzenia spada na niego wraz z pijaną sąsiadką, która wkracza w życie przyjaciół a) z zepsutym kranem, b) w ciąży. Tak zaczyna się tworzenie małego, miłego świadka w stolicy Norwegii – Elling poznaje na wieczorku poezji alternatywnej Alfonsa, starszego znawcę literatury, co też jest znaczącym wydarzeniem w życiu początkującego poety, jak sam mówi: "Czyżbym znalazł przyjaciela? I to bez pomocy norweskiego rządu?". Tak oto Elling, niedomyty erotoman, intelektualista i opuszczona ciężarna zostają czymś na kształt rodziny lub kręgu przyjaciół.

Film jest właściwie pogodnym przykładem studium socjologicznego połączonego z codziennym humorem i cichym tłem muzycznym, dodającym uroku każdej scenie. Jeśli dodać do tego jeszcze samą postać Ellinga, który swoje wiersze zamieszcza na opakowaniach z kapustą kiszoną, podpisując się tajemniczym „E”, mamy kolejną doskonałą komedię rodem ze Skandynawii.

 

Magda Jeziorek

 

 

 


Poprzednie felietony:

 

Reprise. Od początku raz jeszcze... (o kumplach)

Historie kuchenne, rzecz o przyjaźni szwedzko-norweskiej

Najważniejsze to mieć Kumpli

(Pluszowe) Muminki się cieszą radościa i życiem

"Moje matki" - aholywoodzki smutek

"Jadesoturi" - przeszłe życie, jutrzejsze szczęście

Kaurismäki - raz na komediowo, czyli "Leningrad Cowboys jadą do Ameryki"

Z tęsknoty za melonikiem - "Gang Olsena"

"Idioci", czyli mistrz Dogmy o buncie

"Uczta Babette" - degustacja rozkosznych kontrastów

"Zakochani widzą słonie" - czarno-biały traktat o odpowiedzialności