You are herePrzegląd filmowy

Przegląd filmowy


"Zakochani widzą słonie" – czarno-biały traktat o odpowiedzialności

"Zakochani widzą słonie" to sprawka Dagura Kari – reżysera znanego polskim widzom z obrazu "Noi Albinoi". Reżyser chętnie sięga do tematów buntu, nieprzystosowania i szeroko rozumianej odmienności. Tak też jest w tym przypadku. Fabuła filmu skupia się wokół trzech młodych mieszkańców Kopenhagi, którzy z mniejszym lub większym trudem wchodzą w dorosłe życie.


 

Bohaterowie filmu urzekają. Urzekają swoimi wadami, podejściem do życia, błyskotliwymi dialogami i wyrazistością charakterów. Daniel zajmuje się tworzeniem miłosnych grafiti na zlecenie. Jest czarującym lekkoduchem, który przez okrągły rok zarobił 40 koron, mieszka w przyczepie i nie czyta gazet. Śliczna Franc (w tej roli Tilly Scott Pedersen, którą ostatnio mogliśmy oglądać w filmie "Kobiety" obok Meg Ryan i Annette Bening) pracuje w cukierni, odznacza się słabością do halucynogennych grzybków i żyje z matką-nimfomanką. Traktujący życie poważnie Dziadek jest irytująco grzeczny, ma stałą posadę w szpitalu, lecz marzy o karierze sędziego na boisku piłkarskim. Opowieści te splatają się, gdy Daniel i Dziadek zakochują się w tej samej dziewczynie. Trzy historie uzupełnione zostają przez postać sędziego w średnim wieku, który mimo poukładanego, dorosłego życia, ucieka – buntuje się, zrywa z systemem, podaje dzieciom alkohol i kradnie zabawkę w sklepie.

Wszystko toczy się jak w kameralnym kinie europejskim lub w dziełach Woodego Allena – krajobraz miejski, ludzie szukający... no właśnie, czego? Miłości, przede wszystkim. Wycieczki za miasto pięknym Fiatem 500, babcie ścinające drzewa piłą łańcuchową, codzienność przedstawiona ze sporą dozą humoru i wnikliwą obserwacją, zabarwiona odrobiną zdrowej ironii.

Chciałoby się rzec, za Tomaszem Raczkiem, że jest to "kino z sauny" – raz gorąco, raz zimno, generalnie przyjemnie. Ot, film o uczuciach, ludziach, wątpliwościach. Jednak do tego zbioru wyznaczników uniwersalnego filmu obyczajowego dochodzi niezwykle ciekawa forma. Film jest czarno-biały, chociaż treść prosi się o ciepłe kolory, filtry rodem z „Amelii”, żywe barwy, podkreślające dzikość i nieokiełznanie młodego pokolenia. Ale twórcy powiedzieli "nie". Oglądamy szary, szklany świat, do którego sami musimy dorobić sobie paletę, sami mamy odróżnić prawdę od wyobrażeń, przyjąć lub odrzucić przechadzające się za oknami słonie.

Na szczególną uwagę zasługuje scena na moście. Daniel i Franc siedzą w samochodzie, przed nimi wyrasta symboliczna ściana podniesionego asfaltu, ona śpiąca, on zamyślony... I Franc nabiera kolorów. Jej płomiennie rude włosy, porcelanowa cera, pastelowy sweter zmieniają sposób myślenia, powodują, że problemy rozwiązują się same, a most znowu opada, tworząc prostą drogę, prowadzącą dokądkolwiek chcemy.   

Kolejnym atutem obrazu jest muzyka. Tło tworzą kawałki formacji Slowblow (w której gra sam reżyser). Co jakiś czas nasze ucho koi fortepian z preludium Jana Sebastiana Bacha, kiedy indziej pojawiają się momenty jazzowe. Całość delikatnie podkreśla nastrój kolejnych sekwencji, niewymuszenie, cicho, w sposób, w jaki cały film wywiera wrażenie na widzach.

Jest to dzieło zdecydowanie warte polecenia.

 

Magda Jeziorek

 

Zobacz trailer filmu